wtorek, 22 listopada 2016

Biedronka



Dzień dobry
Jestem nikim.
Przechodzisz przeze mnie codziennie
Obok mnie.
Migam gdy przewijasz ekran
Przebiegasz przeze mnie w pędzie życia.

Dyrektorze, prawniku, prezesie, polityku, kierowniku.
Ale czy jeszcze człowieku?

Nie przynoszę ci korzyści.
Nie załatwię intratnego kontraktu
Nie szepnę za tobą słowa jednemu z tych wielkich
Nie zaimponuję ci wypasioną chatą
ferrari łamanym przez porsche
Syntetycznym polimerem krzemoorganicznym.

Dzień dobry
Jestem zerem.
Omijasz mnie wzrokiem.
Słupki, procenty, przychody, dywidendy.
Jestem twoją stratą.
Nie opłaca ci się znajomość ze mną.

Zapatrzona przegapiłam pociąg „Sukces“
Patrzyłam jak biedronka idzie po liściu.
Liczyłam jej kropki.
Liczyłam, że człowiek pozostanie człowiekiem.
Kropek było sześć.
A ludzi?

Ilu ich jeszcze pozostało?
Naprawdę.

sobota, 17 września 2016

A otóż nie koniec. Wyliczankę czas zacząć.

(przed przeczytaniem wierszyka warto zapoznać się z krótką formą, która była w poprzednim wpisie, bo rymowanka wynika z tego, co tam było)

Entliczek pentliczek,
zarzygany chodniczek
a na tym chodniczku
zwinięty w kłębku
ziemski śmietniczek.
A tym śmietniczkiem
kieruje dzieweczka
z opóźnionym zapłonem
furii bombeczka.
Ktoś girę jej przetrącił
i skowyt wyzwolił
na odcisk nastąpił
i świat zwinąć pozwolił.
Co myśli, zamierza
zemstę knuje krwistą?
Wyhamuj dziewczyno
nie bądź narowistą.
A dziewczę drapieżny
uśmiech pokazuje
Bierze duży zamach
i kłębkiem celuje.
Entliczek pentliczek
Nasz ziemski chlewiczek
Do kogo wyślemy?
Na Marsa bęc!

poniedziałek, 5 września 2016

To koniec. I co teraz?


- Srutututu majtki z drutu!
Gówniarz zręcznym kopem podciął mi nogi. Błędnik oszalał. Piszczel wyła z bólu, ja chyba też. Przynajmniej przez ten moment lotu z pionu do poziomu zarzyganego chodnika.  Kto, co, dlaczego. Nieważne. Złapałam dech, łapczywie czerpiąc pożywkę dla nieludzkiego skowytu, który wyrwał mi się, bo gówniarz poprawił celnym strzałem w zakończenie mięśnia brzuchatego. Kurwaaa, od kiedy bandyci uczą się anatomii???
Łzy mieszały się z... nie chciałam wiedzieć, z czym. Wyłam, wrzeszczałam a w głowie wirował Wszechświat.
Gdzieś tak przy przedostatniej galaktyce przed końcem wszystkiego, wykrzyczany ból zelżał do pięciuset w dwunastostopniowej skali udręczenia.
Przekręciłam się na plecy. Było mi obojętne, na czym leżę i co zrobię. Patrzyłam w niesamowicie błękitne niebo. Uśmiechało się do mnie. Wyszczerzyłam zęby, bo w chwili obecnej tylko tak umiałam odpowiedzieć a ono puściło oko i zrzuciło mi cieniutką, koloru wody, nić. Chwyciłam ją i nawijałam na palce. Zajęcie to odciągnęło myśli od czterech setek w skali mojej gehenny.
To było interesujące. Nić zmieniała kolor. Wodnistobłękitna przeszła w zieloną, potem w brąz, żółć, pomarańcz, znów błękit, zieleń... Najwięcej było błękitu, potem zieleń, trochę żółtego, sporo brązu. Cienkie to strasznie. Tyle godzin nawijania a mam dopiero małą kuleczkę. Oderwałam na chwilę wzrok od niej, bo coś zmieniło się w moim otoczeniu. Leżałam na małej wysepce. Kilka płyt chodnikowych pode mną, nadal zarzyganych, niestety, a wokół próżnia.
Sprułam świat jak stary sweter babci Czesi.
To koniec. A co będzie dalej?

(Tym krótkim tekstem przypominam o swoim istnieniu. Rozpuściłam się w ciągu ostatnich tygodni jak dziadowski bicz i tylko felietony mnie mobilizowały do pisania. Obiecuję poprawę i idę odpokutować czytając warunki ubezpieczenia zbiorowego uczniów potrzebne do następnego felietonu.)

niedziela, 7 sierpnia 2016

Epilog kocich opowieści.


Chcę Wam zaprezentować koniec pewnej ważnej dla mnie książki. Skierowana będzie do starszych dzieci, ale chcę byście rzucili okiem, czy będzie się w ogóle nadawać, bo dzieciom pisze się trochę inaczej, gdyż szybko się nudzą. Uczę się tego.
Akurat epilog jest z pewnych względów ciężki emocjonalnie, reszta książki będzie pisana lekko i z humorem.
Proszę o podzielenie się wrażeniami i jakieś wskazówki.
----


Epilog

Zgasło światło i wszyscy położyli się spać. Puchu zakręcił się wokół własnej osi i ułożył na jednym ze swoich ulubionych miejsc - w rogu łóżka, tuż przy głowie Dużej.
Duża chodziła dziś niespokojna, jak większość ludzi. Upał dawał się we znaki nawet w nocy. Nieuważnie pogłaskała go po łebku i odwróciła się plecami.
Za oknem było cicho, osiedle zasypiało mimo duchoty. Oddechy domowników stawały się równe i spokojne.
- Nieeeech żyyyyjeeeee woolność, woooolność i swoboooda!!! - rozległo się za oknem.
Duża westchnęła i wstała. Wyjrzała przez okno, pochodziła i znów się położyła. Minęło kilka minut i znów zapadła cisza.
Puchu leżał z półprzymkniętymi powiekami. To, co człowiekowi wydawało się ciemnością, on widział jako szarość.
Ruch za uchylonym oknem! Słuch nie zawiódł. Puchu poderwał się i skoczył na parapet przebiegając po Dużych. Duża obudziła się z płytkiego snu i zaczęła marudzić. Puchu nie myślał o niczym poza tym czymś, tuż za szybą. Skakał, tropił, próbował złapać jedną łapką, ale to było trudne. Ćma latała próbując dostać się do środka. Pewnie zapamiętała, że tu było światło. Puchu tropił i próbował ją złapać. Wąski parapet nie ułatwiał sprawy. Uchylone okno miało zwężającą się ku dołowi szparę a to ograniczało kocie ruchy.
Cap łapą. Ćma odleciała poza jego zasięg. Czujnie siedział, gotów na natychmiastową akcję. Ćmy są głupie, więc zaraz przyleci.
Cap! Znów miał pecha. Irytowała go ta sytuacja, bo zawsze błyskawicznie rozprawiał się z latającymi po domu owadami.
Ćma poleciała do góry zbliżając się do krawędzi okna. Wyżej było więcej miejsca na łapę, więc czekał podekscytowany.
Skoczył przygotowując się do schwytania tego brzydkiego, nocnego motyla gdy stało się coś nieprzewidzianego. Wąski parapet zawiódł tym razem.
Puchu szybko przebierał tylnymi łapkami żeby się utrzymać, ale już się nie dało. Próbował chwycić się pazurkami czegoś w zasięgu, ale nie było nic takiego. Do podłogi był ponad metr. Puchu próbował się wykręcić żeby spaść na cztery łapy. Chociaż na trzy a nawet dwie.
Po drodze zahaczył o kaloryfer, uderzył w jedną z krawędzi. Upadł.
Szarość przeszła w ciemność. Czuł ból. Nagle zobaczył coś, czego nigdy w swoim kocim życiu nie widział. Miało kolory, które zobaczył pierwszy raz. Wyraźnie.
Czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, granatowy i fioletowy.
Miało kształt łuku i było daleko. Zaczął się czołgać ku temu. Ocierał się o coś i było mu tak ciężko, ale coś go tam ciągnęło. Chciał tam być. Przesuwał się między czymś, nadal otaczała go ciemność i to coś przed nim. Coraz bliżej.
Tęczowy most.
W głowie przesuwały się obrazy. Duża, tuląca go, gdy był malutki i wystraszony. Mówiła coś swoim niskim głosem a to go uspokajało. Duży uśmiechający się i mówiący coś o kociej inteligencji. Mały, który dawał mu smaczki. Mała, bawiąca się z nim, nosząca na rękach po domu. Wreszcie Krecha siedząca w oddali i machająca do niego łapą.
Wszystko to zostawiał za sobą. Kochał ich wszystkich, ale ten czas się już skończył. Żałował, że śpią i nie mogą podziwiać z nim tego tęczowego.
Most. Tęczowy most. Odgradzał wszystko, co było. Nie pokazywał tego, co będzie, ale Puchu czuł, że będzie mu tam cudownie..
„Szkoda, że nie mogę się z nimi pożegnać“ - pomyślał. - „Duża, nie martw się, czuję, że będzie mi tam dobrze. Będę ganiał za ptakami, grubymi muchami, motylami. Już niczego nie będę się bał, tylko minę ten tęczowy most. Dziękuję za dobro i miłość.“
Ból minął.
------
Tak, jak niebezpieczny dla kota jest upadek z dużej wysokości, podobnie jest z niewielką odległością - 1-1,5 metra, bo wtedy nie ma czasu na reakcję i odległości na odpowiednie odwrócenie się i spadnięcie na przysłowiowe cztery łapy. Takie wypadki zdarzają się również w domach, zabezpieczonych odpowiednio i dostosowanych dla kotów niewychodzących.
Koty widzą inaczej niż ludzie. Pewnych kolorów w ogóle nie znają tak jak np. jest z czerwonym.

sobota, 30 lipca 2016

Joanna


Huk uderzenia. Zgrzyt blachy.
Dwa pędzące naprzeciw siebie auta. Co poszło nie tak? Czy jeden z kierowców przeszarżował? A może drugi zasłabł? Czy przypadkiem nie pękła opona zaskakując pierwszego a potem wszystko było już reakcją łańcuchową? Zdarzają się zasłabnięcia, zawały, ataki padaczki i wiele innych rzeczy. Skąd w ogóle pomysł, że to mężczyźni? Może to mężczyzna i kobieta? Albo dwie kobiety?

Joanna była sama na tym pustkowiu. To znaczy, nie była już sama. Towarzyszyły jej, niestety, dwa rozbite auta. Jakim cudem na tak pustej drodze zderzyły się dwa samochody?
Dzieliło ją od nich kilkaset metrów. Stała wtedy na skraju lasu, znalazła właśnie stanowisko pewnego, rzadkiego ziela i miała pochylić się nad nim. Uśmiechnęła się do siebie i świata, wyobrażała już sobie ekstrakcję cennych składników i różne preparaty jakie z tego zrobi.
Musiały poczekać.

Coś ją popchnęło w kierunku szosy. Pobiegłaby tam nawet bez tego, ale szarpnięcie było nagłe i nie pochodziło z siły jej mięśni.

Ecce ancilla Domini*

Nigdy nie lubiła biegać. Nie robiła też tego. Wystarczy, że świat pędził. Wysiadła z niego jakiś czas temu na stacji Przylesie i oddaliła się, zostawiając za sobą wagony - sukces, musisz, powinnaś, odpowiednia stopa życiowa, awans, kopanie dołków, bo mnie się należy, chore ego, zawiść i wiele innych. Doprawdy, ten skład był długi. Cud, że lokomotywa ludzkości dawała radę ciągnąć ten cały kram. A może już nie dawała?
Ze zdziwieniem zauważyła swoje długie kroki. Mknęła jak nigdy.

Fiat mihi secundum verbum tuum

Bławatki, wiązówka, dziurawiec, bluszczyk kurdybanek, podagrycznik...
Wszystko poza nią. Coś cały czas pchało z tyłu, odciążało kolana, uelastyczniało mięśnie. Mogłaby przysiąc, że Ziemia straciła połowę swojej siły przyciągania.
Jeden z samochodów zaczął płonąć. Była blisko. Zauważyła w płonącym aucie kobietę a z tyłu fotelik z malutkim dzieckiem. Cała krew odpłynęła jej z ciała. Zimny metal wypełnił żyły wypychając na zewnątrz lęk, panikę i wszelkie wątpliwości.

Pater noster, qui es in caelis,**

Jeden sus. Dwa. Pięć.
Siła z zewnątrz była mocniejsza, grawitacja jeszcze trochę osłabła.
Dziecko płakało. Jego (prawdopodobnie) matka leżała na kierownicy z nienaturalnie wykręconą głową. Spod maski nie wydobywał się już tylko dym, ale pojedyncze płomienie. Dziecko zanosiło się płaczem i krztusiło. Wyglądało na całe i zdrowe. Maska rozgrzewała się a dziwny syk sygnalizował, że wydarzenia idą w bardzo złym kierunku. Kobieta ani drgnęła, dziecko chrypiało, dym robił się gęstszy i czarniejszy, Joanna biegła.

sanctificetur nomen tuum

W drugim aucie nikt się nie ruszał. Odrzucone na pewną odległość, pozgniatane jak pazłotko z łapczywie jedzonej czekolady. Nie płonęło. Zostawiła je na potem i pospieszyła ku płomieniom.
Neurony pędziły przekazując rozkazy nie wiadomo skąd do mięśni. Jej mózg funkcjonował jakby obok a nad ciałem przejęło kontrolę coś znacznie silniejszego. Obserwowała siebie z boku.

adveniat regnum tuum

Podbiegła do auta. Dziecko zaczęło tracić głos, kobieta nie dawała znaku życia. Joanna szarpnęła drzwi. Wgięte odmówiły współpracy. Płomienie żywo przeskakiwały nad blachą, ciemny dym przedostawał się  do środka dziurami przy pedałach.
„Przecież ona zaraz spłonie“ pomyślał będący poza ciałem mózg Joanny.
Nieludzka siła szarpnęła drzwi a one uparcie nadal odmawiały współpracy. Metal w żyłach popłynął szybciej wyrzucając z zakamarków ciała resztki strachu i paniki. To silniejsze co nią sterowało, błyskawicznie oceniło sytuację.

fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra 

Materia wokół zgęstniała. Cząsteczki powietrza stukały głucho o siebie.  Dzienny błękit ustępował miejsca coraz ciemniejszym barwom niebieskiego przechodzącym w końcu w granat.  Swobodne dotąd gazy poruszały się ciężko a zderzenia wydobywały coraz niższe tony.
Supermózg z zewnątrz uniósł jej ręce. Nawet najmniejsza jej żyłka nie nosiła śladu lęku. Zimna stal zrobiła swoje. Joanna widziała cząsteczki gazów, które były płomieniem. Stały w miejscu.

Panem nostrum quotidianum da nobis hodie

Odgarniała je dłońmi. Przesuwała lekko wszystko z dala od aut tak, jakby porządkowała przestrzeń. Jej mózg wysłał błagalne „tylko nie łąka i las, na asfalt, przesuń nad asfalt“. Siła zastygła na joktosekundę i odpowiedziała na prośbę zmieniając położenie całej tej, obecnie ciężkiej masy, która jeszcze przed chwilą była ogniem.
Czas zwolnił tak, że lecący w górze ptak zastygł. Granat ustępował.  Zmieniał się w niebieski i dążył do błękitu, jakby ktoś puścił film od tyłu. Przeszedł przezeń blednąc. Przestrzenią zawładnęło przejrzyste światło bez żadnego koloru. Nie było śladu stukających cząsteczek. Grawitacja została zneutralizowana w pewien dziwny sposób. Wszystko trzymało się powierzchni jak poprzednio, ale powietrze zrobiło się... miękkie?

et dimitte nobis debita nostra

Dziecko płakało. W tym rozciągniętym czasie zastygło z otwartą buzią i przymkniętymi oczami. Przebrzmiewał wydany wcześniej dźwięk.  Joanna pochyliła się nad kobietą oceniając sytuację. Przyłożyła delikatnie rękę do głowy ledwo ja muskając. Wolno przeciągnęła w dół, po kręgach szyjnych. Wszechmocny okazał coś podobnego do smutku.
„Walcz! Walcz o nią! Zrobię co mi każesz. Steruj mną ale nie pozwól zrobić z tego dziecka sieroty!“

Joanny dłoń zaczęła poruszać palcami w sposób jakiego nie zaznał żaden instrument. To była jej, i nie jej, gra o życie tej kobiety. Nawet nie muskając skóry, ale tuż nad nią, naciskała, przesuwała, układała. Drugą ręką, tym samym sposobem przekręcała wolno głowę. Najdelikatniejsze klawisze jakimi były kręgi ludzkiego kręgosłupa posłusznie układały się w normalnej pozycji. Przerwany rdzeń kręgowy połączył się.

Ptak nadal wisiał w tym samym miejscu. Chyba nawet nadal miał tak samo otwarty dziób. Dźwięk płaczu dziecka przebrzmiał i otaczała ich cisza jakiej Joanna nigdy wcześniej nie zaznała, nawet na swoim odludziu zwanym Przylesiem.
Supermózg skanował ciało kobiety upewniając się, czy wszystko jest już na dobrej drodze. Joanny ręka wędrowała nad głową przeczesując mózg i naprawiony odcinek kręgosłupa z głównym szlakiem nerwowym.

Ptak zamknął dziób. Bobas otworzył oczy wpatrując się cicho w Joannę.  Z jego (prawdopodobnie) matką wszystko już było w porządku, więc podeszła do tylnych drzwi i sięgnęła przez pobitą szybę do malucha. „To prawdziwe dziecko szczęścia, żaden odłamek go nie skaleczył. Lub jej.“ Odpięła pasy fotelika i wyjęła dziecię.

Czas nieco przyspieszył. Ptak znów otworzył dziób i zmienił odrobinę położenie skrzydeł. Dziecko od chwili jej dotyku reagowało normalnie, tak jak jej ciało. Nie płakało wpatrując się w nią nadal.
- Ile masz miesięcy mały smyku? - Dźwięk głosu ją zaskoczył. Był znacznie niższy niż normalnie.
Dziecko wtuliło się w nią. Trzymając je mocno, sięgnęła po dłoń jego (prawdopodobnie) matki i zmierzyła puls. Była pewna, że wcześniej był bardzo wolny, prawie niewyczuwalny, tak jak wszelki ruch w ich strefie, ale pod jej dotykiem przyspieszył. Z ust kobiety dobiegło westchnienie.

sicut et nos dimittimus debitoribus nostris

Z dzieckiem przy piersi podeszła do drugiego auta, wyciągnęła wolną rękę i poczuła moc. Bobas drgnął. Nie musiała nic dotykać, grać na ludzkich kościach. Mocne stłuczenia, utrata przytomności, trochę krwi, ale w środku wszystko w porządku. Poczuła dziwną woń. Cząsteczki alkoholu unoszące się lekko nie pozostawiały wątpliwości. Moc stężała. Dziecko też. Gniew rozgrzał metal w żyłach a rękę świerzbiło by posłać kulę ognia w kierunku drugiego auta.

et ne nos inducas in tentationem

et ne nos inducas in tentationem!

ET NE NOS INDUCAS IN TENTATIONEM!


„Co ja robię??? Nie mam prawa odbierać nikomu życia. Nie chcę!“ Odwróciła się szybko bojąc się, że może zmienić zdanie.

sed libera nos a malo

Światło robiło się normalne pozwalając błękitowi panować nad tą częścią świata tak, jak poprzednio.

Amen

Ptak machał normalnie skrzydłami i w końcu mógł odlecieć. Joanna poczuła lekki wiatr na twarzy. Moc odeszła. Jej ciałem sterował już tylko jej mózg a serce wypompowywało zimny metal. Oparła się o uratowany przed ogniem samochód i przymknęła oczy. Chciało jej się spać, ale zmobilizowała resztę swoich sił, otworzyła oczy i ostrożnie, z dzieckiem na rękach, poszukała w aucie telefonu i wezwała pomoc. Usiadła wolno na trawie.
Dopiero mogła przyjrzeć się małemu człowiekowi, którego dzięki Mocy uratowała najpierw od ognia a potem sieroctwa. „Córuchna tatuchna“ - uniosła brwi bezgłośnie czytając.
- Czyli jesteś dziewczynką - uśmiechnęła się do małej, która ciągle się w nią wpatrywała.
Po jakimś czasie nadjechały dwie karetki pogotowia. Ktoś przejął od niej dziecko. Nagle zrobił się tłum ludzi. Nie wiedziała już gdzie jest, co się wokół dzieje. Jej powieki stały się jak cząsteczki, które odgarniała jeszcze niedawno temu. Ciążyły z niewyobrażalną siłą.
Ktoś zapytał o jej adres. Otworzyła oczy i spojrzała w górę widząc córuchnę tatuchna oddalającą się na rękach ratownika, ale nadal bacznie wpatrującą się w jej twarz.
Wolno odpowiedziała i dała usadzić się w jakimś samochodzie, który zawiózł ją do domu. Do jej Przylesia.
---



- Dzień dobry pani! - oderwał ją od pracy młody, kobiecy głos.
Chociaż miała za sobą lata zdrowej pracy i ciągłego ruchu to wiek robił swoje i wyprostowanie zajęło chwilę.
Kilkanaście metrów dalej, przy drodze kończącej się przy jej domu stała wysoka szatynka.
- Dzień dobry - odpowiedziała na pozdrowienie.
Młoda kobieta drgnęła. Wyglądała tak, jakby szukała gorączkowo czegoś w pamięci.
- Przepraszam, trochę się zgubiłam. - podjęła - Ale ja panią  skądś znam. - dopowiedziała z wahaniem.
- Nie przypominam sobie byśmy się spotkały - zauważyła Joanna.
- Być może pomyliłam panią z kimś. - powiedziała wolno tamta. - Szukam pewnego miejsca - znów się zawahała - kiedyś miałyśmy tu niedaleko z mamą wypadek, pijany kierowca uderzył w nas autem.
Joanna w jednej chwili poczuła się młodsza o te dwadzieścia kilka lat, ale mimo tego oparła się na szpadlu. Serce żywiej zabiło poganiając krew w jej żyłach. Powietrze wokół zgęstniało. Czas zwolnił.
- Córuchna tatuchna... - wyszeptała.


------------------------------------------------
* Ecce ancilla Domini,
Oto ja Służebnica Pańska.
 Fiat mihi secundum verbum tuum.
Niech mi się stanie według słowa twego.
**Pater noster, qui es in caelis,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie
sanctificetur nomen tuum,
święć sie Imię Twoje
adveniat regnum tuum,
przyjdź królestwo Twoje
fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra. Jako w niebie tak i na ziemi
Panem nostrum quotidianum da nobis hodie
et dimitte nobis debita nostra,
i odpuść nam nasze winy
sicut et nos dimittimus debitoribus nostris,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
et ne nos inducas in tentationem,
i nie wódź nas na pokuszenie
sed libera nos a malo. 
ale nas zbaw ode złego.

czwartek, 28 lipca 2016

Drzwi



Siad! Nogi ściśle przy sobie. Kucnij. Garb się mocno. Jeszcze mocniej!

Trzask!

Jestem kwiatem lotosu na spokojnych wodach. Jestem kwiatem lotosu, którego nic nie wzrusza. Jestem piertentegodolonym kwiatem lotosu na niewzruszonej niczym tafli jeziora.

Trzask!

Jestem lotosem, słonko świeci, ptaszki ćwierkają.

Trzask!

Wdeeeeeeeech... - nosem, nosem!
Wyyyyyyyyyyyyyydech - usta.
Jestem lotosem, trochę zwiniętym lotosem, pomiętym, ale na spokojnej tafli jeziora.

Trzask!

Romantyczka zakichana. Plaża, morze, szum fal, krzyk mew. Złożyć głowę na miękkim piasku, zamknąć oczy i wsłuchać się w dźwięki, dać ponieść się wyobraźni, zatracić się w tym...

Trzask!

By obudzić się w środku piekielnej burzy.
Nie ma to jak wejść między topograficzno-pogodową wódkę a zakąskę.

Trzask!

Z jedne strony woda, z drugiej wysoki klif i drzewa.

TRZASK!!!

Aaaaaaaaaaaaaaa!!!

Piorun uderzył blisko, bardzo blisko. Marta uniosła głowę i zobaczyła przed sobą coś, co przypominało wibrującą taflę szkła a za nią... siebie.
Inna fryzura, okulary, inne ciuchy, ale to była ona. Wpatrywały się w siebie szeroko otwartymi oczami, widać, że tamta też nie wiedziała co się dzieje.
Powietrze faluje, ozon buzuje. Wokół piekło żywiołu.

Chyba żyję. Oddycham, serce bije, chociaż tętno  cofnęło mnie do etapu wieku płodowego.
Jestem cała, nieosmalona. Miałam pioruńskie szczęście. Nie nie nie nie nie, tylko nie pioruńskie.

Żyję. Burza się oddala. Nadal kucam na plaży. Patrzę już przed siebie a ona nadal tam stoi.

Obcy! Obcy przybierają postać wybranych ludzi by przejąć Ziemię! Żegnaj Marto, żegnaj moje życie, moja duszo, znajomi, moje kochane, przytulne mieszkanie. Żegnaj ludzkości, obcy idą!

Gdzie Mel Gibson i szklanka wody??? Nie, to coś stoi w wodzie, odpada jedna opcja ratunku.
Ripley, co byś zrobiła na moim miejscu? Mam to próbować zabić? Jak? Mogę jedynie obrzucać piaskiem.
Ilu ich jest? Dlaczego ja? Co z nami zrobią? Żegnaj świecie!

- Kim jesteś?
TO mówi! Ma mój głos. Wszystko mi zabrali, wszystko, nawet głos podrobili!

- Hej! Wszystko z tobą w porządku? Żyjesz?
Jakie TO miłosierne i troskliwe. Pyta, czy żyję żeby mi zaraz wyciągnąć wnętrzności na wierzch albo przyłoży rękę do piersi i zostanę suchą skorupką dwustuletniej powłoki człowieka. Wyssie całą energię, całą moją witalność i nic nie będę mogła jej zrobić.

- Hej! Odezwij się, bo się martwię! - Obca podeszła i potrząsnęła lekko Martą.
- Nie boję się ciebie! Umrę z godnością! Nie będę błagać o litość! - Wykrztusiła z siebie Marta.
Obca wytrzeszczyła oczy.
- Dlaczego niby miałabym cię zabijać?
- No to wyssiesz mi mózg, energię, czy czort wie co, na jedno wychodzi, będę trupem, ale umrę godnie.

Obca się zamyśliła. Zrobiła się jakaś mniej obca, bo we wszystkich filmach kosmici planujący inwazję i upodabniający się do ludzi są wyprani z emocji. Coś było nie tak, bo w tej wyraźnie było widać proces myślowy, mimika pracowała intensywnie.

- Nie wiem kim jesteś, nie wiem, co się dzieje, ale nie zamierzam wysysać ci mózgu.
Marta postanowiła wyrwać się z oparów produkcji Hollywood i zaczęła myśleć.
- Jestem Marta. - Zaryzykowała.
- Ja też!
- Spędzam urlop nad morzem i zasnęłam na plaży.
- Ja też.
- Pochodzę z północnego wschodu.
- Ja też!
- Jak to???
Obca usiadła na piasku obok Marty, znów się zamyśliła, dzięki czemu Marta mogła dokładniej się przyjrzeć jej twarzy. Patrzyła w lustro. Pomijając fryzurę, nieco inaczej wydepilowaną linię brwi i pewną powagę, z którą nie było jej po drodze, patrzyła w lustro.
- Urodziłam się w mieście wojewódzkim. Mam dwóch starszych braci i siostrę. Rodzice już nie żyją. - Ocknęła się z zamyślenia Obca.
- Też mam dwóch starszych braci i siostrę a moi rodzice nie żyją. Wychowałam się na wsi pod miastem. Skończyłam odzieżówkę. - Wyrecytowała cicho Marta.
- W liceum miałam przyjaciela Adama.
- Łapińskiego?
- Tak.
- Wychowawcą był zakręcony fizyk...
- ...Leszek.
Patrzyły na siebie bez mrugnięcia okiem.
- Miałam psa...
- ...suczkę owczarka podhalańskiego.
- W wieku 5 lat wsadziłam palec w tryby sieczkarni.
Obca wyciągnęła przed siebie prawą rękę i pokazała nieco zniekształcony paznokieć wskazującego palca.
- Chciałam iść na filologię polską, nawet byłam na egzaminach.
- I dostałam się.
- A ja w trakcie rozmyśliłam się i poszłam na fizykę.
Znów cisza pełna skupienia.
- Co tu się stało?  - Zapytała Marta.
- Nie wiem, to ty jesteś po fizyce, ale chyba niechcący trafiłyśmy na przejście między wymiarami.

czwartek, 21 lipca 2016

Rozważania z pozycji roweru, chodnika, czterech kółek i... matki.

Tym razem tylko link :) Postanowiłam wyjść ze słowem do lokalnej (i nie tylko) społeczności.
Dyskusja mile widziana jak też swój punkt widzenia.
Postawa roszczeniowa ludzi nie przestaje mnie zadziwiać i nieco przeraża, bo dokąd to nas zaprowadzi?

Matka Polka terrorystka

czwartek, 30 czerwca 2016

Krótki tekst o zakochanych

(Z pewnych powodów jest mi bardzo ciężko na duszy i sercu a do tego zepsuł mi się komputer i do czasu aż będzie dobry zajrzę tylko sporadycznie. Dziś bez fajerwerków, przekleństw i fantastyki.
Coś, na co często nie zwracamy uwagi spodziewając się po miłości romantycznych gestów, wielkich uniesień i nie wiadomo czego. A ona często objawia się inaczej.
Dobrych dni Moi Mili Ludzie zaglądający tutaj.
Idę leczyć rany.)

Obserwowałam interesującą pantomimę.
Wnosili razem stół. Wpadające przez otwarte drzwi promienie słoneczne oświetlały im drogę. Szli razem spokojnie, aż trudno było dostrzec, które z nich prowadziło a które poddawało się lekko woli tego pierwszego. Nie szarpali meblem. Bez słów zmierzali do tego samego miejsca. Od czasu do czasu wymieniali spojrzenia, które zapewne coś oznaczały. Być może tamto krótkie, uważne mówiło „zwolnijmy, bo muszę wykręcić przy tej szafce“ a ten lekki uśmiech odpowiadał „spokojnie, postoję i zaczekam na ciebie“.
Jedyna w swoim rodzaju linia, uczuciowy światłowód, po którym biegły sygnały wymykające się wszelkim miernikom, zakodowane szczególnym kluczem, którego nie potrafią złamać najlepsi hakerzy.
Postawili mebel, po czym każde, znów bez słów, zrobiło coś innego. On poprzynosił krzesła, starł stół, rozłożył przygotowaną serwetę. Ona wyszła na chwilę i powróciła z tacą. Kawa - łyżeczka świeżo zmielonych ziaren zaparzonych w dzbanku ciśnieniowym, dwie łyżeczki cukru i spora ilość zimnego mleka - jedyna jaką pił. Napar z różnych roślin - jej hobby.
- Zrobiłam ci blok czekoladowy z orzechami. Taki jak lubisz. - powiedziała patrząc ciepło na niego.
Podszedł, przytulił ją i pocałował czule. Stali tak przez jakiś czas. Niby dwoje a jedno.
Tu silny uścisk, tam palce przeczesujące wolno krótkie, czarne włosy, które wolno ustępowały pola siwiźnie.
Dwa organizmy i jeden wspólny system. Zespół cech, często przeciwnych, ale w jakiś sposób współgrających ze sobą.
Moi rodzice.

czwartek, 23 czerwca 2016

Czym jest dla mnie pisanie

Remont kuchni. Trudny czas. Bardzo trudny czas. Cholernie trudny czas.
Chaos i jedzenie suchego prowiantu nie wpływa twórczo.
I znów klnę.
To jedziemy.



"- Aaaaa pieprzę to! - Przemieliła w ustach wraz z tymi słowami garść gipsu i cholera wie czego jeszcze. 
Rozejrzała się po pobojowisku będącym do niedawna kuchnią a teraz poligonem budowlanym.
Remont oczywiście się przeciągał. Niby przyzwyczaiła się do tego, ale już miała dość, bo ileż można. Menu - głównie kanapki, lodówka - przedpokój, wszystkie szafki - w salonie. Chcesz głupią łyżkę? Leć do pokoju.
„Kurwa, jak ja lubię gotować!“ - Szczerze w końcu doceniła to, do czego czasem podchodziła z niechęcią.
Pana Perfekcję zirytowało obsadzanie puszek pod kontakty elektryczne. Westchnęła cicho, wrzuciła w wyszukiwarkę „obsadzanie puszek podtynkowych“, obejrzała filmik instruktażowy (zasoby internetu cały czas zadziwiały), podeszła z packą i gipsem i wytłumaczyła to i owo. Poszło sprawnie. Doświadczenie kulinarne przydawało się przy rozrabianiu gipsu do właściwej konsystencji a wprawa zdobyta przy zdobieniu ciast przydała się przy władaniu packą.
Pan Perfekcja wypuścił powietrze i humorki i zabrał się do roboty.
„Panie, daj byśmy mijali się z humorami, żeby chociaż jedno zachowało zimną krew w takich sytuacjach i podeszło do problemu konstruktywnie.“ - Nie ma jak płynne przejście od rzucania nieopodatkowanymi zawodami do próśb modlitewnych. Ot, cała kwintesencja człowieka z krwi i kości.
Od dawna nic jej już nie cieszyło. Uczona od dziecka pracy zadaniowej była przyzwyczajona do czasu intensywnego, ciężkiego wysiłku aż do zakończenia zadania. Z tym się akurat nie zgrali z Panem Perfekcyjnym. On się szybko męczy, irytuje a perfekcja pt. „musi być co do milimetra“ nie była pewna, kogo bardziej doprowadza do szału, czy jego, czy otoczenie.
Taki już jest, co zrobić. Ma to swoje dobre strony, bo wszystko jest dokładnie i tak, jak trzeba, ale co się nasłucha w trakcje pracy, to jej. Wypracowała przez lata mechanizm obronny, dystans, ale czasem, po ludzku, ulewało się co nieco.
Właściwie pracy nie było tak wiele, jak sobie wyobrażała i pewnie dlatego chodziła podminowana, bo mimo wszystko remont się przeciągał, bo Pan Perfekcyjny łapiąc kilka srok za ogon, musiał być w kilku miejscach naraz. A urlop mijał. A stolarz co jakiś czas pytał, kiedy mogą wejść z montażem szafek.
- Aaaaaaa pierdolę to... - Rzuciła innym określeniem tej samej czynności co poprzednio, już mniej agresywnie a bardziej ze znużeniem.
Wzięła prysznic dokładnie przepłukując gardło po czym zamknęła się w pokoju, spojrzała niechętnie na cienką warstwę białego pyłu na półkach i otworzyła edytor tekstu.
Po jakimś czasie uśmiechnęła się."


czwartek, 16 czerwca 2016

Dymek - na poprawę nastroju w ten zmulaszczy dzień

Małe wprowadzenie w klimat.
Ania nie cierpi dymu tytoniowego. Ania jedzie pociągiem i czuje, że mimo zakazu ktoś kopci w toalecie. Ania nie należy do osób biernych. Ania...
Posłuchajcie ;)


- Stara! Jaką ja dziś miałam akcję w kiblu w pociągu! Jaram sobie spokojnie szluga. Kryć się muszę, bo Frycem jadę a tam nie można nawet w wucecie.
Czego nie wiesz?! Frycem jechałam. FRY-CEM. No ten, co pindolił palcami po tym śmiesznym pudle z kijem co podpiera klapę. Skąd? Co skąd?! Co skąd?! A skąd mam wiedzieć gdzie wytrzasnął ten kij? Może z mopa wykręcił.
Aaaa, skąd jechałam... Mój Brysiu fundnął mi spa w Wiedniu. Tiaaa, taki pakiet, że pierdzielę, wypas.
No, i wiesz, szlugam, szlugam a tu ktoś puka. Pomachałam trochę kiecką po tym kiblu, ale krótka to tyle co nic dało. Otwieram a tam jakaś dziwna laska stoi. Jakiś taki nieduży wypłosz, taka wiesz, przylizana, nie to co my. Ale na szpileczkach, nie ma wuja. Uśmiecha się do mnie głupkowato i mówi, że tu nie wolno palić. A co ja, kurwa, czytać nie umiem?! Wiem, że nie można, ale nie będę się jej tłumaczyć i mówię, że jak jej zaraz dam z liścia to tak poleci, że maszynistę od przodu zobaczy!
Ta pindzia uśmiechnęła się znów głupkowato. Zaraz się jeszcze zaczerwieni i rozpłacze, pomyślałam. Spojrzała na mnie dziwnie, bąknęła „przepraszam“, odwróciła się i jak się machnie to tyłu... Stara! Jak kiedyś jebnęłaś po pijaku w ścianę i zobaczyłaś gwiazdy to to nic. Aż języka w gębie zapomniałam z bólu.
Co, co??? No ten pierdolony wypłosz wbił mi szpilę w nogę i siedzę teraz w jakimś Zawieciu w szpitalu.

środa, 15 czerwca 2016

Niferet



Zrzut odbył się w nocy z 12 na 13 dzień czasu Wielkiego Smoka. Oblepiająca ciemność nie dawała szansy oczom nawet najwprawniejszego tropiciela. Dyskoloty poruszały się tylko według prowadzenia maszyn obliczeniowych a całą grupę na miejscu przejęła tutejsza frakcja Mortena. W większości ich ludzie, mieszkający tu od urodzenia, poznawali okolicę od dziecka i obecnie nie potrzebowali wzroku by wiedzieć gdzie się znajdują i dokąd zmierzają.
Niferet miała za zadanie obserwowania w fotochromach drugiego niebieskiego punktu. Pierwszym była ona sama. Każdy najemnik jej oddziału był określonym kolorem i miał swojego barwnego, miejscowego odpowiednika, którego miał się pilnować.
Nie szli grupą. Na wszelki wypadek szybko się rozproszyli a system lokalizacji nie pozwalał im się pogubić.
Niferet była tu już trzy okresy księżyca temu i jeszcze wcześniej, ale to zawsze wyglądało tak samo: zrzut, kolorowe punkty widoczne tylko w fotochromach, przemieszczające się szybko zaułkami miasta, wtopiona w otoczenie, ukryta baza. Zawsze czuła to samo, czyli prawie nic. Wszystko było wyćwiczoną rutyną, nie zdarzały się żadne improwizacje.
Mijając jakieś obiekty poznawała je tylko po głębszej czerni, ale nawet nie próbowała domyślać się ich przeznaczenia. Pewnie normalnie, za dnia miasto żyło. Żony wołały przez okna mężów, jak zwykle zapominających tahili do pracy. Matki wyglądały za swoimi dziećmi bawiącymi się na podwórkach. Na ulicach był zwyczajny ruch i tumult. Teraz wszystko pogrążone było w mniej lub bardziej głębszej czerni.
Czasem, wychodząc za dnia z ćwiczeń w zbrojowni spoglądała w górę by chociaż tak spróbować wyobrazić sobie układ ulic, budynków, status tej czy innej części miasta. Miała na to mało czasu, tyle co przejście z jednego budynku do drugiego. Nikt nie miał prawa zastanawiać się, skąd wzięły się nowe osoby, bo dla zwykłych ludzi baza była zwykłą firmą transportową i każdy obcy mógł zwrócić uwagę tych, których nie powinien prowokować do domysłów.
Teraz też wszystko szło rutynowo. Musiała tak rozdzielić uwagę by dokładnie śledzić tor ruchu pierwszej niebieskiej kropki a jednocześnie całą sobą wyczuwać otoczenie by nie natrafić na żadne terenowe niespodzianki. Szli w pewnej odległości od siebie, nie za blisko, bo mogliby tworzyć razem zbyt dużą płaszczyznę głębszej czerni. Nie mogli maszerować, ich krok musiał być lekki, mało słyszalny i nieregularny. Żadnych wzorców dla uszu. Mieli być nocnymi gryzoniami grasującymi po zaułkach.
Nifret „tańczyła“ często zmieniając rytm. Wyćwiczone odruchy nie pozostawiały miejsca na strach a „opieka“ operatora maszyny cyfrowej i miejscowego zwalniała ją z troski o topografię miasta. Może za następnym i następnym razem zapamięta wzór ich wędrówki, ale właściwie po co ma zaśmiecać swój umysł.
Nifret nagle stanęła. Fala chłodu rozeszła się po jej ciele.
Wszystkie kropki zniknęły.

czwartek, 9 czerwca 2016

Wlazł kotek...


...na rozdzielnię elektryczną :D



Jak?
Ano tak:


Po gałązkach jarzębiny ;)

A dlaczego tam wlazł?
Bo ptaszki urządzały ptasie zaloty.

wtorek, 7 czerwca 2016

Tekst inspirowany...

...autorem, którego nazwisko zamieściłam na dole. Imię zresztą też ;)
Tym razem zadanie polegało na napisaniu wierszyka w stylu swojego ulubionego autora.
Oto wierszyk, który "nieznacznie" zmieniłam.
„Wlazł kotek na płotek i mruga,
ładna to piosenka, nie długa.
Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz,
zaśpiewaj koteczku, jeszcze raz”.

---
W najbardziej odległym miejscu wszechświata, gdzie nawet neutrina zawracają, przez kosmiczną pustkę płynął niezwykły układ. Mała gwiazdka pulsowała zielonym blaskiem nie zdając sobie sprawy z tego, że przeczyła wszelkim zasadom termodynamiki.
Wydzielając z siebie zieloną energię oświetlała jedynego towarzysza w tym najodleglejszym zakątku czasu i istnienia - planetę O.
Nikt nie zna imienia tego, który ją tak nazwał, bo taki ktoś nie istnieje. O, bo towarzysz dziwoląga-gwiazdy był również wyjątkowym wybrykiem sił kosmicznych. O jak obwarzanek, gdyż taki miał kształt ten frapujący wszystkich astrofizyków świat. Bardzo Gruby Obwarzanek.
Wirował. Nikt nie wiedział dlaczego. Dopiero gdy ktoś zamiast patrzeć z góry postanowił zmienić perspektywę na oddolną dostrzegł niezwykłe zjawisko.
Pod powierzchnią, leżąc na plecach na tym imponującym z punktu widzenia areału, zero g niebycie, przebierały łapkami zielone myszki. Ich ubarwienie było zdeterminowanym działaniem ciała nieb... zielonego. Tempo było jednostajne przywodząc na myśl karuzelę dla chomików w bardzo ekstrawaganckim, kosmicznym wydaniu. Myszki przy bliższym oglądzie stawały się myszami, potem mychami by stać się w końcu myszomonstrami. Nie przeszkadzało im to jednak w beztroskim machaniu łapkami i płynięciu z całym tym majdanem przez bezkresny kosmos.
A dziwny świat żył. Na powierzchni, w zależności od położenia względem siły odśrodkowej funkcjonował pewien gatunek dwunożnych. Ci na wewnętrznej części O, z ograniczeniem dopływu światła nieśli na swych karkach większy ciężar grawitacji. Błotniste i ciemne zaułki odstraszały każdego, kto zabłądził w tych rejonach. Im dalej od tego wewnętrznego pierścienia tym lżej, jaśniej i radośniej. Na zewnętrznej krawędzi żyły sobie istoty, które korzystając z dogodnych warunków grawitacyjnych urządzały sobie dzikie rajdy na miotłach. Zwyczajna część populacji omijała również te okolice, bo wiedźmoloty obcując w bliskim sąsiedztwie zielonych myszy miały bardzo często dziwne pomysły, na które skazywały tego zwyczajnego biedaka, który im się przypadkiem napatoczył.
I tak, jakimś cudem funkcjonował ten świat pośrodku którego, w centrum obwarzankowej próżni, w miejscu osi obrotu stał fragment płotu.
Na nim siedział kot. Czerń podświetlona zielenią dawała efekt, który przeciętnemu zjadaczowi strawy zmieniał pozycję włosów na wertykalną.
Kot ziewnął.
Siedział od zawsze tak samo. Kontemplował niezliczone eony historii tej pipidówy uniwersum.
Miał tylko jedno zadanie, gdy obracając się wraz z planetą O, będąc tyłem do gwiazdy ujrzał ponownie promień światła miauczał. Dwunożni zrywali wtedy kartki w kalendarzach i witali nowy dzień.
- Miaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaauuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu... - brzmiało przez długi czas docierając wraz z pierwszymi promieniami do kolejnych rejonów tego cudacznego świata.
Skończył a echa niosły ten dźwięk jeszcze do najdalszych krain. Mrugnął ślepiami. Zadumał się na chwilę, która trwała aż oddźwięk przebrzmiał a gdy znów zobaczył pierwszy promień, otworzył wielki pyszczek odsłaniając monstrualne kły, nadając ten nieruchliwej postaci cała gamę określeń związanych ze skrzypnięciem deski w pustym domu, północą na starym cmentarzu i pełną pieluchą.
- Miaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaauuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu...- wybrzmiało.
Gdzieś na powierzchni tego skalnego bajgla trzasnęły trwożnie drzwi.
Inspiracją był Terry Pratchett  :)

sobota, 4 czerwca 2016

Przerywnik małżeński

- Mężu, czy mogę zadać ci dziwne pytanie?
- ?
- A w sumie to się przyzwyczajaj...

Wymyśliłam abstrakcyjny świat i chciałam ustalić czy trzyma się kupy z astrofizycznego punktu widzenia ;)

piątek, 3 czerwca 2016

Wewnętrzne bliźnięta w akcji

Nie ma to wymiaru fizycznego. Wszystko siedzi w mojej głowie.
Miałam po prostu z sobą porozmawiać. O sobie, o pisaniu itp.
To pogadałam ;)
Zapraszam :)

-----------------
- Borowinowej bordiury brzęczy brzasku brzeszczot.
- Że co???
- Robię próbę mikrofonu.
- Ale to zdanie nie ma chyba żadnego sensu.
- A Pani pisanie ma sens?
- ...
- Dobrze, już dobrze, poniosło mnie trochę.
 Chcę zaproponować przejście na „ty“, bo w końcu znamy się już od tylu lat. Jutro żegnamy razem tzw. trzeci krzyżyk jak dobrze pamiętam.
- ...
- Obraziłaś się?
- ...
- W takim razie sama zacznę jako prowadząca ten wywiad.
Wychyliłaś się z cienia mając jakieś 12 lat...
- Wychylić to sobie możesz kielicha.
-...pamiętam, że już w szóstej klasie chłopcy filowali jak tu by ci podkraść pamiętnik i poczytać. Na szczęście byli, delikatnie ujmując, tak niedorośli jak ty i nie zdawali sobie sprawy z infantylnego stylu tych notek.
- Z blagowania również. Doskonale wiedziałam, że czytają i specjalnie koloryzowałam.
- Potem wygrana olimpiada polonistyczna, najwyższa nota za pracę stylistyczną przy egzaminach wstępnych do liceum i... cisza.
- To już teraz mam zacząć emocjonalną wiwisekcję?
- Skoro sobie życzysz.
- Życzę sobie zaprzęgu pięćdziesięciu różowych kucyków i karocy z bakłażana.
- Bakłażana? Dlaczego???
- Jeśli kucyki dobrze się rozpędzą to z pierwszej lepszej górki mam szansę uzyskać pierwszą prędkość kosmiczną i uciec jak najdalej od tak nieudolnych dziennikarek jak... ty. Aerodynamika. Rozumiesz. Dynia nie wchodzi w grę a bakłażany poza tym mają piękny kolor.
- Ach, ironiczna jak zwykle.
- Ach, domyślna jak zwykle.
- Ach, zawsze musisz mieć ostatnie słowo.
- ...
- Co się stało, że postanowiłaś pisać mając za sobą większość życia?
- Nie bądź taką optymistką, bo mogę tak jak prababka dożyć prawie setki.
- Nuda? Chęć błyśnięcia...
- A zaraz cię trzepnę piorunem.
-...i próba zrobienia kariery czy kryzys wieku średniego?
- Skoro pani redaktor zna tylko takie motywacje to tylko pogratulować, że jeszcze pracuje tu, gdzie pracuje.
Niektórzy ludzie mimo spełnienia w tej czy tamtej sferze czują głód...
- Nie widać tego po twojej figurze.
- Och, czegoś się jednak uczysz. Nie będę mieć poczucia straconego czasu, który spędzę przy tym... wywiadzie.
Wracając do sedna. Spełniona rodzinnie nie miałam pojęcia gdzie mam się odnaleźć zawodowo. Wędrówka po pracodawcach i szukanie swego miejsca było dość frustrujące. Jednak miałam silne przeczucie, że najlepsze jest przede mną. Ostatecznie pogrzebałam marzenie o śpiewaniu.
- O proszę, w dodatku Marię Callas tu goszczę.
- Są pewne znaczące różnice między nami. Widzę, że pojęcie ironii nieźle przyswoiłaś, więc pozwól, że wrócę do tematu.
Zaczęłam na portalu społecznościowym pisać krótkie tekściki i z zaskoczeniem zauważyłam, że podobają się ludziom. Coś w środku zaskoczyło i poczułam, że jestem blisko. Potem wpisane od niechcenia w wyszukiwarkę „pisanie tekstów“ i wśród linków jeden intrygujący.
- Czyli?
- „Piszę, bo chcę.“ Od tej pory jakieś porozrzucane klocki zaczęły spokojnie ale pewnie wskakiwać na swoje miejsce. Zakiełkowało we mnie takie przekorne „piszę, bo chcę“. Nie, że piszę, bo muszę coś osiągnąć, i nie, bo chcę światu coś udowodnić. Chcę. Po prostu.
Uważałam się za osobę mało kreatywną, ale pewna doktor literaturoznawstwa (nie śmiej tego wymawiać, bo nie dźwignę tych twoich prób) pokazała, że mogę to zmienić. Od tej pory doskonale bawię się odkrywając kolejne, niezmierzone pokłady swojej wyobraźni.
Zobaczyłam, że jeśli tylko przezwyciężę lenia to jestem w pisaniu nieobliczalna.
I nie potrzebuję do tego nawet werandy w domku na uboczu świata i filiżanki kawy. Potrafię robić to wszędzie.
- A więc to tylko zabawa?
- A czymże jest dobra twórczość jeśli nie zabawą z własną wyobraźnią? Przecież świetnie się sama bawiłam tworząc ten tekst.
:)